Komentuj (4)

  • Odwaga 20 września 2014, 20:51

    Komentuj (7)

    Pingtan
    „ Jeśli w życiu nie ma miejsca na odwagę to wszystkie inne cnoty są bez znaczenia”
    Winston Churchill

    Perspektywa się zmienia podczas podróżowania. Jestem o tym przekonana. Doświadczyłam tego wiele razy.
    W Chinach zwłaszcza. Nowe miejsca i ludzie otworzyły mi oczy, pozwoliły zobaczyć to czego za Chiny ludowe nie mogłam dostrzec żyjąc w Polsce. Bezpieczna. Na etacie. Do tego pięknego obrazka brakowało jedynie przystojnego męża, gromadki dzieci i psa. Po co wydziwiać? Strefa komfortu jest zawsze bezpieczna. Ale czy ja tego chcę? To oczywiste, że im więcej wolności tym mniej bezpieczeństwa. Pytanie tylko co wybierzesz? Powiem Ci mój kochany czytelniku: NIGDY się tego nie dowiesz jeśli nie odważysz się zaryzykować i nie pójdziesz za głosem serca. Opuść ciepły kokon, rozłóż skrzydła i leć. Tam gdzie chcesz. Nie tam gdzie wszyscy. Tam gdzie Ty chcesz. Ja tak zrobiłam. Żałuję, że tak późno.



    Trzeba mieć odwagę żeby doświadczać życia. To prawda. Dlaczego wiec tak wielu ludzi tego nie robi? Dlaczego ja tak długo nie potrafiłam tego zrobić? Odpowiedz jest prosta: ze strachu. Poza tym: „zawsze znajdzie się odpowiednia filozofia dla braku odwagi”. Ale uwierz mi ze możesz być, mieć i robic cokolwiek zechcesz.
    Chcesz? Naprawdę?
    To zrób to. Bądź odważny:)
    Weź odpowiedzialność za swoje życie. Przestań narzekać. Zacznij się cieszyć. Po prostu.

    Kończąc ten nieco przydługi wstęp zapraszam na wycieczkę do Pingtan:)

    Wybieramy się z Sim na plażę z zamiarem nocowania pod gwiazdami. Pakujemy kocyki, stroje kąpielowe, aparaty, kupujemy prowiant. Perfekcyjnie przygotowane jedziemy. Dotrzeć na miejsce. Łatwizna. Pod warunkiem że ktoś kto zna angielski pomoże Ci kiedy się zgubisz. Nam pomógł student wolontariusz z Fuzhou:) Trasa Changle – Pingtan 40 CNY, 3h.





    Chinski tuc tuc - la la che (lala ka)




    Zmęczone długą jazdą (i mała stłuczka) idziemy na obiad. Jest pyszny. Tofu, ryż, warzywa i smażony bakłażan.




    Trochę wieje ale za bardzo się tym nie przejmujemy. Docieramy na plaże. Nie jest ona rajska ale jak na Chiny bardzo ładna. Wszystko byłoby super gdyby nie to że akurat jest pora tajfunów. Oczywiście nikt tego nie sprawdzil bo po co. Potem dowiadujemy się ze tajfun nawiedzil Hong Kong i wyrządzil tam wielkie straty stad ten silny wiatr. Po kilku minutach wyglądamy jak złoto. Piasek mamy wszędzie. Letnia wersja bałwana. Ale skoro już przyjechałysmy to siedzimy. Pstryk. Pstryk. Siedzimy. Pstryk. Pstryk. Siedzimy dalej. Na plazy jest calkiem dużo ludzi i ogromne fale. Idealne do surfingu. Postanawiam ze pójde poplywac. Sim zostaje. Woda jest cieplutka. Fale wysokie. Jakby zrobić podmiankę Chińczyków na Amerykańców rzec by można California:)



    Sprzedawca obnośny ;)


    Wracamy oczywiście z przygodami bo okazuje się ze po południu nie ma zadnego autobusu do Changle. Kupujemy bilety do Fuzhou. Tam musimy się przemieścić na kolejny dworzec i wrocic do domu prywatna taksowką. Głodne jak wilk rezygnujemy z jedynej dostępnej przekąski-kurzych łapek.


    Nie mamy tyle szczęścia co ostatnio. Przesiadamy się z jednego samochodu do drugiego. Nikt nie chce Nas zawieźć za sume jaka jesteśmy w stanie zaplacic. Musimy czekac na 3 pasazera. Po dwóch godzinach negocjacji, trzaskania drzwiami, wychodzenia i wchodzenia do kolejnych fur ruszamy w stronę domu. Wszystko konczy się dobrze. W domu strzepujemy z siebie piasek i idziemy spac.

    Bonus

    Rozstrzygniecię plebiscytu na najlepsze piwo:)
    Domin przykro mi, że promocja w Lidlu na Tsingtao sie skończyła. Bądź czujny;)
    Sim


    Pańcia


    Chiczycy są dziwni. Za piwo w puszce (200 ml) trzeba zapłacić więcej niż za piwo w butelce (600ml). Poza tym nie znajdziesz piwa które ma więcej niż 4,3 % Test puszkowy wygrało to piwo:


    Rodacy wystrzegajcie się tych puszek:




    Ale teraz po taniości pijemy piwo w butelce za 3 Cny (1,5 zl), 3,6% ;)


    Na zdrowie! ;)

    Postanowiłam dołączać do każdego wpisu mezę, która mi towarzyszy w trakcie prac twórczych:)))
    Oto ona. Nieskazitelna. Ukochana od lat 90tych Alanis:)
    https://www.youtube.com/watch?v=LQ8D5Ihe4hg

    Komentuj (7)

  • An Island 14 września 2014, 17:31

    Komentuj (2)

    Rano wypływamy na wyspę.. Ptaki śpiewają a słońce świeci. Zatrzymujemy się w najbliższym barze, gdzie dosiadają się do nas przystojni chicos z egzotycznymi drinkami w rękach. Jeden łyk. Spokój. Chillout. Patrzymy na falujące morze popijając zachwyt pinacoladą. Wdech. Wydech. Cannabis w płucach rozchodzi się perfekcyjnie. Lekko zmiękczone idziemy potańczyć z amigos. Szereg dźwięków otacza nas zewsząd. Jesteśmy w siódmym niebie. Kolumbia. Raj na ziemi.

    Potem otwieramy oczy. Nie. To nie Ameryka Południowa tylko Chiny i drętwi do bólu Chińczycy, którzy nie znają się na żartach i za grosz nie rozumieją ironii o flircie nie wspominając. Na wyspie jest jeden pub, upał nie z tej ziemi i żadnego turysty spoza Azji. Zwiedzamy więc. O zabawie z chicos możemy zapomnieć. Bawimy się same:)

    Jest tak gorąco, że wszyscy łażą z parasolkami. My dla odmiany nie.


    Wyspa jest mała i przyjazna. Wąskie uliczki, beż samochodów i kakofonii dźwięków od których uszy puchną. Jak wąż prześlizgujemy się z jednego korytarza w drugi. Patrzymy, chłoniemy, robimy zdjęcia. Odwiedzamy taoistyczną świątynie, łazimy po bulwarze nad morzem i małych sklepikach.



    Świątynia





    Przy ołtarzach są zawsze świeże kwiaty, owoce i jedzenie.




    Chińczycy mają mnóstwo różnych sklepów z fajnymi rzeczami. Naprawdę mnóstwo. Czasem nie wiadomo, gdzie oczy wsadzić;)

    Sklep z suvenirami


    Czas do szkoły dzieci. Bierzcie swoje potwory.


    Happy Together. Are You?


    Pażausta zjedz;)


    Kici kici



    Idziemy, rozglądamy się i nagle spośród gąszczu bibelotów, ciuchów, zabawek i kosmetyków zauważam znajomą twarz. A właściwie znajome twarze: Jim Morrison, David Bowie, John Lennon i jego świta. Zainteresowane przekraczamy próg myśląc: sklep muzyczny a tam sklep herbaciany:) Na początku pan częstuje nas pysznym cukierkiem herbacianym. Potem nalewa czarkę herbaty. Jest to najlepsza herbata jaką piłam. Ma słomkowy kolor i smakuje wybornie. Herbata jest tak znakomita, że kupuję słoiczek do domu. Słoiczek, gdyż ma ona formę płynną. Coś jak miód gryczany z pąkami w środku. Wystarczy kapnąć ciupinkę, zalać gorącą wodą i wymieszać:) Koszt: 30 CNY (15 Pln)

    Cha=herbata


    Inna herbaciarnia






    Kupuję sobie także perfumy w malutkim, okrągłym pudełeczku. Perfumy konsystencją przypominają wazelinę ale pachną pięknie i kosztują tylko 10 CNY (5 Pln). Spędzamy na wyspie prawie cały dzień. Upał jest niemiłosierny i co chwilę musimy się chłodzić już to lodowatą wodą już to piwem z lodówki. Uroki lata.



    Ludzie
    Dama z papierosami


    Nadworna kucharka. Zrobiła nam chińską tortille.


    Koszykarka


    Pan z nosidłem. Stary patent. Babcia i Dziadko w Różance nosili tak wodę zwierzętom.


    Ulica
    I am a very stylish girl. Would You..?






    Pierożki gotowane na parze (do wyboru: z mięsem, tofu i warzywami)


    ..i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską..zbiera mnie na wymioty. Serio.
    Zamiast zafiksowania na punkcie ślubu wybieram zafiksowanie na punkcie życia!:)
    Było tak. W drodze powrotnej natrafiamy na sesję nowożeńców. Cykam pare zdjęć choć uważam, że fotografia ślubna to najmniej wymagająca forma ekspresji artystycznej. Do tego nudna i na pewno nie dla mnie. Ale strzelam dla Pierzki:*

    A Ty co wybierzesz człowiecze?


    Chińczycy robią wiele rzeczy na pokaz. Kupują drogie samochody, obwieszają się złotem, ślubują miłość.
    Właściwie to za bardzo od Nas w tym temacie nie odbiegają:) Małżeństwa chińskie są inne. Ale może jeszcze o tym napisze i trochę Was zaskoczę..




    Bulwar zachodzącego słońca

    Przez całą podróż, żeby nie zwariować śpiewamy piosenki. Często zmieniając słowa na pasujące do sytuacji. Nasza ulubiona przeróbka to The Beatles: „All You need is love” zmieniona na „All We need is beer”:)






    Potem wracamy do Hostelu, żeby odpocząć. Leżymy na kanapie, opowiadamy śmieszne historyjki. Chłodzimy umysły chmielem. Jest cudownie. Zakładamy plecaki i ruszamy w drogę powrotną. Na dworzec autobusowy w Fuzhou trafiamy przed 22:00. Żaden autobus nie jedzie o tej porze do Changle. Korzystamy więc z usług naganiaczy i do domu wracamy wypasiona furą z młodym Chińczykiem, który jest tak podekscytowany jakby wiózł samą królową angielską:) Prosi nas o pare miłych fotek, dajemy mu umówioną wcześnie sumkę (60 CNY, 30Pln) i wjeżdżamy na 12 piętro aby paść w ramiona Morfeusza i mojej drugiej miłości Gotan Project;)

    https://www.youtube.com/watch?v=Jc7Lt5FLRiA

    Jutro jedziemy z Sim na plaże, pływać, odpoczywać po tygodniu pracy i spać na kocu pod gwiazdami:)

    Całuję Was moi mili czytelnicy:*




    Komentuj (2)

  • 2 girls with the map :) 10 września 2014, 22:11

    Komentuj (0)

    Xiamen
    Dni wolne trzeba wykorzystać. Tak po prostu trzeba i już. No to wykorzystałyśmy na maxa.
    Żeby dostać się do Xiamen trzeba najpierw pojechać do Fuzhzou a stamtąd wsiąść do pociągu relacji: FuZhouNan (dworzec południowy) - XiaMenBei (dworzec północny). Bilet kosztuje ok. 70 Rmb czy jak ktoś woli oficjalnie CNY (35 Pln) Chińczycy nazywają ten pociąg fast train bo jedzie 200 km/h. Czas przejazdu; 1.5h. Nie jest to jakaś duża prędkość ale porównując PKP w Polsce jedzie się znacznie szybciej i wygodniej. Są tez slow train ale wtedy tę samą trasę pokonuje się w 20h. Wybór nalezy do Ciebie.

    Fast train



    Właściwie nic trudnego - myślimy sobie z Sim. Kupimy bilety w kasie. Przejdziemy przez króciutką odprawę paszportowo-bagażową, znajdziemy bramkę, potem platformę i grzecznie poczekamy na pociąg. Może i tak jest
    w Europie ale nie tutaj. W Chinach jest wszystko chińskie i przekonałam się o tym wiele razy podczas naszej krótkiej wycieczki. Kupić bilet to męka bo NIKT nie rozmawia po angielsku. Oczywiście mamy z Sim słowniczek
    i napisane zdania i próbujemy się dogadać po chińsku ale nikt Nas nie rozumie. Jedyna opcja to pokazać Chińczykowi jego chińskie krzaczki wtedy zaczyna łapać. Tak też robiłyśmy mając ze sobą mini słowniczek, który przywiozłam z Polski. Ja często rozmawiam z Chińczykami po polsku. Wtedy przynajmniej się uśmiechają. W drodze opracowujemy pewien SUPER patent na lepszą komunikację - SURVIVE KIT;) Ale napiszę o tym kiedy indziej.
    W każdym razie nic w Chinach nie jest łatwe do załatwienia bo z NIKIM nie da się dogadać. Na szczęście zwątpienie Nas nie dopada a dobry humor nie opuszcza.

    Dworzec kolejowy






    W Xiamen oczywiście nie mamy pojęcia gdzie iść. Także kierujemy się instynktownie na południe a tam wyrasta przed nami dworzec autobusowy gdzie cudem 1 Chińczyk łamaną angielszczyzną z pomocą mapy, gdzie jest napisana nazwa ulicy po chińsku wskazuje Nam właściwy bus. Jest to bus nr 950 i dojeżdża do samego Centrum. W Chinach w autobusach miejskich nie ma biletów. Uczniowie i studenci maja karty magnetyczne (bilety miesięczne) a cała reszta wrzuca 1 albo 2 CNY (coś jak 1 Pln) do maszyny z otworem na pieniążek lub banknot, siada i jedzie. Nie dostaje biletu. Nie ma też kontroli. Czas przejazdu z dworca kolejowego do Centrum wynosi: 2h! Nie daj Panie Boże mieszkać w Centrum i pracować na kolei;)

    Xiamen



    Chińczycy są bardzo zimni i zdystansowani. Do tego mało się uśmiechają i są raczej nieżyczliwi, często niemili. Być może taka u nich kultura. Nie wiem tego jeszcze. Na razie pisze o tym, co widzę i czego doświadczam. Pewnie perspektywa z biegiem czasu ulegnie zmianie. Oczywiście nie dotyczy to moich chińskich znajomych ze szkoły. Ci są przeciwieństwem wszystkich tych cech które napisałam wyżej.

    Pizza Hut
    Zmęczone, głodne, zirytowane, zupełnie przypadkowo napotykamy afisz Pizza Hut. Wchodzimy do środka. Po chwili okazuje się ze Pizzeria znajduje się na 24 piętrze wieżowca gdzie roztacza się panorama na cale miasto. WOW! Supcio. Zamawiamy średnia pizzę i cos do pizzy. W tle grają amerykańskie kolędy. Atmosfera jak w polskim Centrum Handlowym w grudniu. W oczekiwaniu na jedzenie Pani kelnerka dzwoni do Hostelu. Numer telefonu mamy zapisany na mapie. Potem rysuje nam drogę na chusteczce higienicznej. Kelner przynosi pizzę a raczej tini tini pizzerunię. W Chinach średnia pizza wygląda tak jak u nas mała przekrojona na pół. Nieco zawiedzione zabieramy się za jedzenie a tu..niespodzianka! Pizza nie smakuje jak pizza. Smak ciasta jest podobny do smaku naszych polskich racuchów a warzywa i sosy również w niczym nie przypomina polskiej wersji. Zjadamy ze smakiem:) Potem ruszamy w drogę do Koala’s Hostel z chusteczką higieniczną w ręku.

    Widok z okna na 24 piętrze


    Pani, która narysowała nam mapę na chusteczce


    Rzeczona mapa


    Chińska średnia pizza


    Pańcie dwie


    Koala’s Hostel
    Zhong Shan Seaview Plaża
    Xiamen 361000 China
    Tel. 86592 2025359 (W Chinach numery są 7 cyfrowe. Te wcześniejsze liczby to zapewne
    nr kierunkowy do telefonicznej rezerwacji ale i tak jest to bez sensu bo nikt oprócz właściciela nie mówi tam po angielsku)



    To chyba najlepiej schowany Hostel w mieście. Szukamy go z Sim ze 3h od momentu wyjścia z autobusu. Najpierw mamy kawal do przejścia bo nie wiemy ze autobus nr 950 zatrzymuje się praktycznie 5 min. od Hostelu. Nieświadome niczego wysiadamy 5 przystanków wcześniej (również w Centrum). Po obiedzie sugerujemy się mapą narysowaną przez Panią w Pizza hut. Nie jest łatwo. Myślimy nawet, że może ten hostel nie istnieje a my jesteśmy w jakiejś grze. Każda zapytana osoba robi wielkie oczy. Ostatecznie zaczepiamy grupkę młodych ludzi z Malezji i dzięki GPS trafiamy na miejsce. Uffff. Hostel jest na szczęście superancki. Muszę powiedzieć, że zajmuje zaszczytne miejsce nr 2 na mojej top liście Hosteli życia. Wnętrze i wystrój w klimacie greckim. Ale wszystko zrobione ze smakiem. Rezerwujemy dormitorium czyli pokój wieloosobowy. Kosztuje 70 CNY za osobę (35 pln). W pokoju jesteśmy same. Yey! Bierzemy prysznic i idziemy eksplorować miasto.


     
              



    Prześcieradełko w kropeczki, podusia we wzorki i zasłonki w koniki :)

         



    A Ty skąd jesteś wędrowcze?

    Paniusie przy kawce;)

    Fotosik darmowy hosting obrazków                           Fotosik darmowy hosting obrazków                      Fotosik darmowy hosting obrazków      

    Chcę oglądać twoje nogi, nogi, nogi, nogi
    Chce byś założyła mini, mini, mini, mini




    Miasto nocą
    Tak jak wszędzie na świecie centrum wraz z jego główną ulicą (Zhongshan Lu) tętni życiem. Kręcimy się tu i ówdzie. Oczywiście nie ma żadnego baru, żeby usiąść i odpocząć także kupujemy boski napój i idziemy nad Morze. Tam spędzamy resztę wieczoru obmyślając plan na potem.



    Mid Autumn Festiwal






    Główna ulica





    Pan zagadka (rozwiązuje zagadki)


    Widok na wyspę


    Oczami Sim (www.pimentona.wordpress.com) :)


    O tym co działo się na wyspie usłyszycie wkrótce:)



    Komentuj (0)

  • Move over 07 września 2014, 20:34

    Komentuj (8)

    Przychodzi taki dzień ze pozbywasz się złudzeń i jedyne na co masz ochotę to pójść dalej.
    Ta bajka okazała się również i moją dlatego jestem w Chinach.



    Bardzo mi sie podoba sposób w jaki zyją Chińczycy. Choć ślady starożytnej cywilizacji są praktycznie zatarte to podstawowa wiedza na temat energii i siły życia pozostaje nadal oczywista. Chińczycy nie oddzielają ciała od umysłu i ducha. Wszystkie te elementy stanowią jednośc. Dlatego odżywiają się zdrowo, ćwiczą i tańczą. W Changle tańczą codziennie.
    Jakby to powiedział zazaznajomiony rolnik z Krużewnik: dla zdrowotności:) Ponadto na każdym osiedlu jest miejsce do ćwiczeń lub spotkań wieczornych. We wspólnocie siła:)

    Poliż mnie I'm Polish



    Każdy kto mnie zna wie, że ponad wszystko kocham Kiciusiunie. Swoją włodawską Łajzę szczególnie:* Tu ich za wiele nie uświadczysz. Przedstawiam Wam jedynego jakiego udało mi się spotkać podczas obiadu:)



    Mam ogromne szczęście bo poznałam dwie super nauczycielki w naszej szkole. Można powiedzieć moje chińskie koleżanki z Nigerii: Vivien i Lola. 2 dni temu przyjechała Simon ze Słowacji. Dar od Boga. Lepiej być nie mogło. Podróżniczka wyjadaczka:) Na pewno jeszcze o niej napiszę.

    Tymczasem Changle City




    Chińska tortilla




    Chińczycy mnie zadziwiają. Jednego dnia myslę sobie, że udało mi się wysnuć jakiś wniosek a drugiego legnie on w gruzach. Dziwne ludzie;)



    Samochód na trzech kółkach:)


    The beach


    Dla wielbicieli gatunku;)

    Marakuja z Lolą i Sim w tle


    Ciasteczka

    Takie tam, żebyś zaakceptowała;)



    Chiński bar



    Royal's English Training Center
    Szkoła jest całkiem spońcio. Godziny pracy bardzo rozstrzelone ale da sie przezyć. Klasy nieliczne.

    W Chinach na pierwszym miejscu stoją interesy. Ludzie potrafią zarabiać pieniądze. Zostawiają swoje rodziny i wyjeżdżają do Stanów albo do Australii robić biznes. Dzieci wychowują się z dziadkami a rząd nie jest w stanie zapewnić im należytej edukacji dlatego powstają prywatne szkoły żeby nauczyć je mówić po angielsku po czym szybko wysłać na zagraniczne studia. Wiem to od Lynn.



    Z lewej Wiki moja chińska opiekunka a z prawej Lynn dyrektorka szkoły


    Jak już wspomniała odnalazłam w Sim bratnią duszę. Postanowiłyśmy pomóc innym wolontariuszom/turystom przyjeżdząjącym do Chin w rozstrzygnięciu powaznego dylematu. Jakie piwo jest najlepsze??? Na co nie warto wydawać piniędzy??? Jak zyć?? :))))
    Wyniki wkrótce;)




    Aha, jeszcze jedno.
    Zostałam poproszona o sprawdzenie czy polskie wyrażenie 'siku" znaczy coś w języku chińskim.
    Śpieszę wyjaśnić.
    Nie znaczy nic.
    Jest słowo które brzmi podobnie: shi gu [czyt. szyk(g)u] i oznacza wypadek.

    Czytała Czubówna


    W związku z Mid-Autumn Festiwal mamy 3 dni wolnego. Jedziemy z Sim na poludnie, do Xiamen, bez planu, po prostu:)
    Całuję Was i ściskam tak mocno jak imadło:*

    Komentuj (8)

  • No boyfriend No problem 03 września 2014, 20:00

    Komentuj (6)

    Przyznaję, że moje ulubione stwierdzenie zupełnie nie sprawdza się w dalekich podróżach, zwłaszcza
    w samolocie. Ale o tym później.

    1 września Niemcy napadają na Polskę.Dobrze się nie zaczęło. Zupełnie jak u mnie.  Po super pożegnalnej nocy z Dominem, Dotką, Gogą i Michałem wstajemy o 5:30 rano, żeby dojechać przed 7:00 na dworzec Metro Wilanowska a tym samym zdążyć na jedynego pasującego busa do Pragi. Na miejscu okazuje się ze pomyliłam dworce (odjazd jest z Metro Młociny!) Siet! 

    Szok. Niedowierzanie. Panika. W głowie jak kauczuk odbija się pytanie: Jak to się mogło stać? Co za niedopatrzenie! Zwoje w mózgu goreją, myślimy: co dalej? W informacji Pani mówi ze dogonić busa można w Łodzi albo we Wrocławiu. Jedziemy na Centralny żeby sprawdzić wszystkie połączenia. Niestety nic nie pasuje. Dzwonię do ludzi z blablacar’u. Odbiera chłopak, który jedzie do Wrocka i zgadza się wyjechać pół godziny wcześniej. Umawiamy się na Wschodnim
    o 8:00. Chłopak z blabla okazuje się aktorem na etacie u Jandy. W nagrodę za stres mam 4h jazdy z błyskotliwym rozmówcą w super towarzystwie, z dobrą energią i mezą w tle.

    *Pragnę nadmienić, że nic by się nie udało gdyby nie pomoc Domina i Dotki:*

    W międzyczasie rozładowuje mi się telefon ale kolega z blabla zamawia mi taksówkę, żebym zdążyła na busa.
    Wszystko kończy się dobrze:)
    W Pradze nie biorę taxy bo kosztuje 600 Kc. Jadę metrem (żółta linia, wysiadam na przystanku Mustek, potem
    zmieniam kolor na zielony i jadę do stacji Dejavicka a stamtąd łapię busa nr 119 na lotnisko). Koszt całkowity: 64 Kc. Lot z Pragi do Paryża przebiega gładko. Z Paryża do Kantonu (Guangzhou) jest gorzej. Nie dlatego, że nie ma przystojnych stewardów. Są, podrywają, norma. Jestem taka zmęczona, że idę spać. 17h i nie można się do nikogo przytulić, pogadać czy potrzymać za ręce. Przydałby się boyfriend-myślę sobie przypominając stare czasy. Niestety obok mnie siedzi Chinka ze swoją córką. Nie rozmawiają po angielsku. Moszczę się w fotelu nie mogąc przyjąć dogodnej pozycji ani rozprostować nóg. W końcu udaje mi się zasnąć na parę godzin. W Kantonie odbieram bagaż główny tylko po to aby go zaraz nadać do Fuzhou. Podoba mi się na lotnisku. Czuję się tam bardzo swobodnie mimo, że jest mega duże. Ludzie używają specjalnych pojazdów aby przedostać się do swojej bramki.

    W Fuzhou odbiera mnie Lynn wraz z mężem. Jedziemy na pyszna kolację. Lynn jest wspaniała, bardzo wesoła i uprzejma. Dba o to aby niczego mi nie zabrakło. Stwierdzam, że Chińczycy są tak gościnni jak Polacy. Potem odwożą mnie do mojego apartamentu, który mieści się na 12 piętrze wieżowca. Numer pokoju:1202. Zapraszam!:)

    W mieszkaniu znajdują się 3 pokoje, salon, kuchnia, łazienka, taras i 2 pomieszczenia gospodarcze. Przestrzeń ogromna, można się bawić w berka.
    Salon



    Mam wszystko co mi do szczęścia potrzebne czyli własny kąt i wi fi;) 
    Mój pokój:) 



    Rozpakowuję walizkę i wyjmuję prezent od siostry Aneti. Nalewki; jedna na wylot a druga na przylot. Dwie noce wcześniej z sugestii Domina oznaczam butelki bez bandery napisami: Shampoo i Shower gel, żeby nie skonfiskowali na lotnisku. Numer przechodzi:)



     Ośka;)


    Wstaję o 14 lokalnego czasu. Jest tak gorąco, że nie da się wytrzymać. W pokoju non stop mam włączony
    wiatrak. Biorę prysznic, rozpakowuje rzeczy, wysyłam maile, krzątam się po obejściu. Niezła ośka-myslę sobie patrząc przez okno na wyrastające z ziemi betonowe olbrzymy. 



    Po południu przyjeżdża po mnie Wiki, kolejna opiekunka. Jedziemy na pyszną kolację, gdzie czeka na nas Lynn i amerykański nauczyciel. Mają rację Ci, którzy twierdzą, że w Chinach jest najlepsze jedzenie na świecie. Już dawno moje kubki smakowe nie zaznały takich rozkoszy. Wszystko oczywiście gotowane wg. kuchni 5 przemian.
    Ciepłe i zdrowe. Celowo nie proszę o sztućce. Używam pałeczek i idzie mi całkiem nieźle;) Chińczycy nie jedzą nic na surowo. Każdy ma palniczek przed sobą, gdzie gotuje się zupa i dorzuca do niej to, co lubi z rzeczy wystawionych na stole: warzywa, mięso, makaron, sea food, tofu, ser w kólkach i inne smakołyki. Kiedy wypłyną na wierzch oznacza, że są gotowe do zjedzenia. O dziwo wcale nie je się dużo ryżu  jak to zwykli sądzić Europejczycy. Kuchnia jest przebogata i przepyszna!!!



     




    Po kolacji jedziemy do pubu pograć w karty:) Gra o nazwie Cow Cow przypomina trochę pokera. Oczywiście gramy na pieniądze. Wygrywam 30 jenów;) Potem odwożą mnie do domu a ja przy dźwiękach Elbow opisuję Wam tą krótką scenkę z mojego pobytu.

    Dobranoc:*



     



     



     



     



     



     

















    Komentuj (6)

  • Let's go!:) 27 sierpnia 2014, 22:21

    Komentuj (2)

    Otwieram oczy. Głaszczę Kiciusiunia. Czytam maila. Wylot w poniedziałek 1 września. Oho. Nie mam nic. 
    Po nocnych debatach z Pierzką biorę się do pracy. Zamawiam pierwszą walizkę w życiu, zawsze plecak. Potem idzie lawinowo. Absolutne minimum: śpiwór, książki, leki, chemia, ciuchy. Trasa: Praga-Paryż, Paryż-Guangzhou, Guangzhou-Fuzhou. Dwie doby bujania się po 4 lotniskach. Sponio-myslę sobie. Why not?:)
    Potem pojawia się kolejna myśl. Będę tęsknić. Bardzo. Może nawet bardziej. I wiem, że nie uda się tego zatrzymać.
    Przerabiałam to wiele razy. 
    Przecież wrócę-pocieszam się chwilę później. Kiedyś wrócę:)



    Tęsknijcie
    Myślcie o mnie dobrze
    Nie módlcie się za mnie

    i do zobaczenia po drugiej stronie rzeki:)


    Komentuj (2)